83. Martin.

Środowy wieczór spędzam samotnie w Martinie z widokiem na Małą Fatrę. Pogoda zaczyna mieć tendencję zniżkową. Poranna mgła dosyć długo zasłania szczyt, ale nie martwię się, letnie słońce ją podniesie i cumulusy  będą wysoko. Montaż, jeszcze jakieś pogaduchy z kolegami poznanymi w zeszłym roku i zaczynamy. Kilka szybowców na starcie. Cessna 180 wyciąga kolejno szybowce w górę i wreszcie moja kolej. Siedząc już w kabinie metodą angielską sprawdzam naprędce szybowiec pytając słowackiego kolegę jaka jest reakcja sterów i hamulców na ruchy drążka. Wszystko o’kay, więc lecę. Wyczepiam na sześciuset metrach w kominie termicznym. Kręcę się w lewo, prawo w ciasnym kominie i ciągle mi coś nie pasuje. Ląduję. Nie napiszę dlaczego. Drugi start był na 800 metrów na główne zbocze Małej Fatry. Od razu wyczuwam, że lot będzie udany, aczkolwiek żagla i fali nie będzie. Za to w tym roku będę mógł polatać nad samymi  szczytami. Łatwo nie było. Słaby wiatr pod dużym kątem nie dawał gwarancji na długie latanie, ale termika była znośna. Cumulusy nad szczytami były nisko, więc uważałem by nie zniosło mnie na zawietrzną. Była to podobna sytuacja do tej z Lesce-Bled. Przydała mi się tamta lekcja. To ona dała mi więcej pewności siebie. Nie musiałem się silić na fałszywego bohatera przestworzy. Wykorzystywałem to co poznałem wcześniej dokładając coś nowego od siebie. Duża przyjemność doświadczyć samemu własnych przemyśleń. 

Mała Fatra jak sama nazwa mówi to krótkie pasmo, chociaż z ziemi wygląda na znacznie większe i wyższe od Dużej Fatry. Zresztą nawet z góry Duża Fatra wygląda niewinnie. Około 3-ciej godziny przyszedł zwyczajowy regres pogody dając większe zachmurzenie i spadek noszeń termicznych. Wiatr zagonił mnie wtedy na Dużą Fatrę. Nieświadomie dałem się ponieść wiatrowi  wgłąb masywu w południowo-wschodnim kierunku. Chociaż wskazówka na wysokościomierzu cały czas pokazywała wysokość lotu 2000 metrów mój dystans do ziemi malał, bo wzniesienia były coraz wyższe. Lecąc po prostej pokonałem najpierw pierwszą przełęcz, a gdy za następnym masywem wleciałem  nad kolejną przełęcz ocknąłem się. Co ty robisz, jak wrócisz pod wiatr? Gdy się odwróciłem przed oczami miałem kilkanaście kilometrów ciemnej garbatej  zieleni, a na horyzoncie Małą Fatrę. Bardzo, bardzo niekomfortowa sytuacja, a Foka jakby stanęła, bo wiatr wcale nie był taki słaby. Najpierw nad niektórymi wzniesieniami miałem może z 20 metrów przewyższenia. Szczęściem na wariometrze 0, czasem 0 i jakiś przecinek noszenia. W pewnym momencie puściły mi nerwy i na 1900 metrach skręciłem w dolinę, która dawała jakąś szansę dolotu do wschodniego krańca Małej Fatry. Lecąc doliną w dół zacząłem szybciej tracić wysokość, ale za to znacznie wzrosła moja prędkość postępowa względem ziemi. Szczyty gór coraz wyżej nad moją głową, a co pod szybowcem, ile do ziemi? Leżę na plecach jak to w foce uważając na prędkość i odstęp od drzew. Myślę, że pode mną płynął strumień, który otworzył mi drzwi do szerokiej przełęczy pod Małą Fatrą. Miałem już tylko 800 metrów, gdy znalazłem noszenie i wróciłem do gry. Wieczorem długo myślałem nad tym lotem patrząc przez otwarte  drzwi na góry. Co by było, gdybym musiał lądować w tej wąskiej dolinie. W nocy obudził mnie deszcz stukający o dach Forda, zamknąłem drzwi i już wiedziałem, że rano pojadę dalej.

Posted in Felietony.