81. Lesce – Bled.

W pewnym momencie stwierdziłem, że rozmowa z kelnerem zaczyna iść w złym kierunku, więc odwróciłem się na przysłowiowej piecie i ruszyłem w kierunku hangarów. W jednym z okien świeciło się światło. Znalazłem wejście, a za biurkiem siedzącego „w papierach”, jak się okazało dyrektora. Poszło bardzo szybko. Gdy powiedziałem, że chcę latać od razu przystąpił do szkolenia mnie z zakresu procedur lotniskowych, omówienia pogody na kilka dni, cen itd. Umówiliśmy się też na wspólny lot zapoznawczy następnego dnia. Pogoda była piękna lecz nie do latania, ale na spacery po górach. Jednak dzięki Milanowi, który dobrze zna okolice powisieliśmy nad Lesce i nad Bled  , aż 45 minut. Dziwne to, ale już po raz któryś spotkałem się z sytuacją, że pewnym miejscem na termikę są pola golfowe. Piękny region, zwłaszcza Bled. Dużą część miasta zajmuje spore  szmaragdowe jezioro z kościołem  na wyspie. Dookoła kilka małych plaż, oraz zamek na wysokim  skalistym klifie. Z plaż jeziora widok na strome zbocze  o kilku kilometrach długości i wysokości 1700 metrów dobre do lotów ‚żaglowych’. Sceneria lotniska przypomina trochę Belluno. Podobnie jak tam z trzech stron góry, lecz tutaj jest więcej miejsc do lądowania poza lotniskiem. Samo lotnisko to dwa równoległe asfaltowe pasy startowe  połączone na końcach drogami kołowania. Po środku nawierzchnia trawiasta dla szybowców. Wąsko, więc każde lądowanie szybowca musi być kończone dobiegiem ze skrętem i zatrzymaniem przed asfaltem. Z lotniska, a jeszcze lepiej z lotu w odległości 22 km widać największą chlubę i symbol Słowenii Triglav. Jest to najwyższa góra słoweńskich Alp przypominająca koronę lub też trzygłową kopię. Lot z Milanem na ASK-21 był pełen wrażeń tylko szkoda, że tak krótki.

Następnego dnia wykonałem dwa loty. Latałem w sumie 3 godziny 20 minut. Marzeniem i planem było dostać się w pobliże Triglava, ale nawet miejscowi piloci tam  nie polecieli. Jak zwykle pogoda, a konkretnie kiepska termika z wiatrem równoległym do zboczy nie pozwoliła oddalić się od lotniska. Niska podstawa chmur dała mi tylko raz wyjrzeć za zbocze … podczas mijania przełęczy i zerknąć na austriacki Klagenfurt. Sam lot nad granią był niemożliwy, bo podstawy chmur były poniżej szczytów. Z tego dnia mimo wszystko jestem zadowolony. Dane mi wreszcie było latać tuż przy stromych  ścianach, jednak cały czas musiałem być na baczności, ponieważ góra usłana żlebami skrywała wietrzne rotory dopychające szybowiec do zbocza. Po lotach Foka została na noc pod gołym niebem. Ranek był ładny z wysoko zawieszonymi cumulusami. O 10-tej wzmógł się wiatr i Triglav zniknął w granatowej  chmurze, która szybko rosła w górę i przesuwała w kierunku lotniska. Niechętnie, ale zabrałem się za demontaż Foki, a im wiatr stawał się silniejszy tym szybciej musiałem się uwijać. Przyczepę zamykałem już w deszczu, a do samochodu schowałem się mokry. Dobrze, że w porę zareagowałem. Z deszczowej ulewy zrobiło się gradobicie. Oprócz piorunów, uderzeń gradu wielkości orzechów laskowych o Forda, słychać było wycie alarmów samochodowych. W pewnym momencie grad był tak silny, że myślałem, że stracę już pękniętą szybę w aucie. Po tej gradowej burzy lotnisko zrobiło się białe. Dopiero ciepłe podłoże i godzinna deszczowa ulewa przywróciła zieleń trawie. Trochę z obawą sprawdzałem, czy nie mam wgnieceń po gradzie na samochodzie. Nie było, ale znalazłem kilka miejsc na przyczepie, gdzie odpadła farba. No, pani Foka uratowana, a ja bez guzów na głowie, a dzień stracony dla latania. Po trzeciej zrobiło się  ładnie i wybrałem się na zwiedzanie rowerowe. Przejechałem 40 kilometrów objeżdżając  dookoła jezioro. Napstrykałem  zdjęć, zaliczyłem kąpiel w szmaragdowej  wodzie, wypiłem piwo, a w reklamówce przywiozłem na kolacje ulubione burki. 

Miałem nadzieję, że po tej burzy coś ruszy się w powietrzu, ale tak się nie stało. Hol na 900 metrów i ani razu nie wzniosłem się wyżej. Słaby wietrzyk wiał wzdłuż zbocza, termika do 0,5 metra, więc 2,20 godziny spędziłem na lataniu nad   doliną  oglądając z nudów  lotnisko. To męczarnia w tak słabej termice. Dzień do zapomnienia. 

Z rana skakało wojsko z  Pilatusa. Aż miło patrzeć  jak ten samolot lata, niesamowity. Po tym pokazie na lotnisko zostały wytoczone szybowce, również moja Foka. Wiatr silniejszy niż dzień wcześniej z większą termiką. Hol za nowiutką Citabrią z niespodzianką. Pilot postanowił, lub prawdopodobnie dostał takie polecenie od Milana i zaholował mnie w dolinę pomiędzy  górami, gdzie na małym odcinku pracował silny żagiel. Wyczepienie 1100 metrów przy pionowej ścianie. Krążąc wylatywałem z wąskiego strumienia żagla. Zacząłem, więc wykonywać krótkie ósemki. Kilka razy spadałem na 800 metrów i z powrotem wspinałem się do góry. Wreszcie stwierdziłem, że muszę z tej dolinki wylecieć i spróbować na głównym zboczu szukać podparcia noszeniami termicznymi. Wypatrzyłem najbliższą chmurę i z 1300-tu metrów poleciałem pod nią kierując się ku słońcu. To był strzał w 10-tę. Bardzo szybko odzyskałem  straconą wysokość na przeskoku, a nawet po prostej zyskałem  dodatkowe 200 metrów. Na tym zboczu żagiel występował tylko na krótkich odcinkach, ale za to w krótkich odstępach  pojawiały się małe cumulusy. Może 100, może 150 metrów  taka była luka pomiędzy granią, a podstawą cumulusów. Pod chmurką 2-3 metry noszenia, a za nią 3-4 metry w dół. Za każdym razem wylatując  na słońce musiałem uciekać w bok od góry, by nie wylądować  na szczycie. Wreszcie mogłem wyjrzeć  na austriacką stronę. Dobrze, że nie zdecydowałem się tam wlecieć. Brak nawigacji i minimalnej wiedzy co za ścianą mogłoby skończyć się lądowaniem w Austrii. Zrobiłem kilka przelotów  nad granią. Dużo nerwów  mnie to kosztowało, bo  lot z głową w chmurze, a grań tylko 100 metrów niżej. Wystarczył jeden błąd dalszego odlotu od zbocza (około 1 km) i straciłem możliwość powrotu nad grań. Coraz niżej i niżej, aż pozostało tylko wylądować. Niby tylko godzina 20, jednak mimo tego ten lot sprawił mi największą frajdę. Noc przeznaczyłem na myślenie co dalej. Wybrałem słowacką Prievidzę.

Lesce -Bled nie jest tanie, ale warte odwiedzenia zwłaszcza, gdy szukacie doświadczenia latania w wysokich górach. Wtedy to, taka wyprawa staje się tania, bo to nie Andy francuskie, czy szwajcarskie. Tutaj i w Belluno nie nalatałem zbyt wiele, ale chociaż zapłaciłem spore frycowe za naukę, to wyjeżdżam zadowolony.

 

Posted in Felietony.