80. Postojna.

 

Z Belluno  wyjechałem pod wieczór tuż po gwałtownej burzy. Kilka kilometrów za miastem deszcz przestał padać, a w powietrzu pojawiła się para wodna, która wraz z niskimi promieniami słońca, wysokimi skalistymi górami i tęczą dała niesamowity widok. Samochody zaczęły stawać  na autostradzie. Pasażerowie aut wychodzili z samochodów i robili  zdjęcia. Też się  zatrzymałem, też pstrykałem, ale zdjęcia nie oddały tego co widziały  moje oczy. To była jakaś magia, której nie jestem w stanie przekazać w słowach, a szkoda. Dalej to już podróż w górskiej burzy. Najpierw deszcz, a potem latające poziomo błyskawice. Nie na moje nerwy. Stanąłem na granicy ze Słowenią i zamknąłem się w „klatce Faraday’a. Obudziłem się przy pięknym słońcu i pełen nadziei dobrego dnia ruszyłem do Ajdovcziny. Ot życie. Jestem tu drugi raz i drugi raz odbijam się od ściany. Kilkanaście minut rozmowy, zbędnej rozmowy i jadę ciut dalej do  Postojnej.

Jest niedziela, pogoda nie tak łaskawa jak rankiem wyglądało, ale da się polatać. Foka zmontowana w ‚tri miga’ i lecę. Jest trudno utrzymać się w powietrzu, brak noszeń. Robię trochę dalszy odlot od lotniska, by usiąść blisko przy  hangarze. Malutki skok prędkości, podtrzymuję kierunek i prędkość ciągle wzrasta, aż wreszcie rusza zaspany wariometr. Jestem na prostej, mam 100 metrów do ziemi i niecały meterek wznoszenia. Lądować, czy latać, wybieram latanie. Z tego mniej niż metr zrobił się niezły kocioł. Pod  chmurą, która nie wiem skąd się wzięła miałem już prawie 6 metrów. Podstawa ledwie 800 metrów i takie noszenie. Żeby mnie nie wchłonęła odlatywałem w bok traciłem szybko 200 metrów i z powrotem dawałem nurka w to samo miejsce, i tak kilka razy. Wreszcie wiatr zrobił swoje i chmura już czarna z padającym deszczem odsunęła się na tyle daleko, że podjąłem decyzję na powrót do  lotniska. To była dobra decyzja, bo nic nie znalazłem, a lądowałem w solidnej ulewie. Na szczęście w hangarze było miejsce dla Foki, które uzgodniłem jeszcze przed startem. Miałem trochę biegania ze szmatą. Ja cały mokry, ale pani Foka uratowana.  

Było jeszcze wcześnie, gdy deszcz ustał tak szybko jak się zaczął, więc wybrałem się na rekonesans rowerowy. Nie wiem co mnie podkusiło by sprawdzić jak długi jest ten zjazd, który zaczął się na 9-tym kilometrze. Dojechałem do 15-go kilometra i zawróciłem, a jeszcze nie zjechałem na sam dół. Szczęście, że to nie Żar, bo mógłbym wyzionąć ducha w drodze powrotnej. Przyznam, że z wiekiem, a mam już 65 lat coraz bardziej boję się długich i stromych podjazdów. Tym razem jeszcze było o’kay. Po powrocie postanowiłem odwiedzić hangar na uboczu, w którym z daleka zauważyłem coś na wzór  Spitfire’a. Pięknie odrestaurowany, pomalowany w maskujące zielono-bure łaty jugosłowiański samolot z końca lat 50-tych. Z bliska z odsłoniętym silnikiem wyglądał trochę śmiesznie, coś jak wyrośnięty Spitfire na rotaksie. Tylko 130 koni. To bardzo mało. Co ta „żelazna kurtyna” narobiła z tym światem. Jugosławia zaraz po wojnie nie miała dostępu, ani do technologi radzieckiej, ani do amerykańskiej. Sami musieli kombinować „jak koń pod górę”. Podobna sytuacja z samolotem łącznikowym o konstrukcji  górnopłata. Właścicielem tych samolotów, a także kilku szybowców jest mechanik klubowy w Postojnej Jaka  Jaklić. Wyjątkowy gość w moim wieku. Lata, holuje, naprawia samoloty i szybowce. Do tego wiecznie uśmiechnięty. Z kantorka przyniesie piwo, poczęstuje i chętnie poopowiada. Odwiedzając Postojną koniecznie trzeba wpaść z aparatem do tego hangaru. Na zakończenie tej wyjątkowej niedzieli zostałem zaproszony na piwo i grilla. Jestem fanem kuchni byłej Jugosławii. To miejsce dla mięsożerców, a te ich czewapcziczi, palce lizać.

Poniedziałek i wtorek nuda, a właściwie to deszcz i nuda, no bo ileż można siedzieć w Internecie i ile można rozwiązać sudoków. Dopiero w środę wieczorem moja już też znudzona Foka została wyciągnięta z hangaru. Marne 25 minut w powietrzu łącznie z holem za Citabrią, dało mi nadzieję na lepsze jutro. Pogoda dalej byle jaka. Start po pierwszej, a ja tak po prawdzie bez znajomości dalszych okolic od lotniska. Widzę gdzieś na południowym zachodzie Adriatyk, ale na bezchmurnej termice to za daleko. Chmurki widzę, ale tam na południe to już jest  Chorwacja. Można tam lecieć, jednak żeby przeskoczyć góry, które nie dają żagla to dla mnie zbyt ryzykowna zabawa. Po lotach latający ze mną na Nimbusie słoweński kolega opowiedział mi jak dotarł nad Adriatyk. Najpierw poleciał na północny wschód nad duże przełęcze za górami i lecąc dookoła pasma górskiego doleciał prawie do morza na zachodzie. Pokonał w ten sposób ponad 250 kilometrów w dwie strony. Znajomość terenu dała wynik i lot około 4 godziny. Ja lądowałem po 1,5 godzinie, ale zostałem za to zaskoczony miłymi odwiedzinami. Widząc moje posty na fejsie odwiedził mnie Niko Slana, z którym znam się już od kilku lat. Powitanie tuż po lądowaniu. Przyjechał po mnie samochodem by pomóc zaciągnąć Fokę do hangaru. Najpierw mnóstwo zdjęć, a potem piwo z lodówki w hangarze, którą wcześniej zaprowiantowałem. Ostatniego dnia sypnęło cumulusami. Wreszcie odwiedziłem piękne  zbocze, które każdego dnia kusiło nadzieją  polatania na solidnym żaglu. Nic z tego. Żagla nie było, ale za to była solidna termika, która niespodziewanie po dwóch godzinach dała  deszcz. Uciekałem przed nim w różnych kierunkach, ale nie udało mi się i byłem zmuszony wylądować. Następna pompa. Tym razem Foka wjechała do przyczepy i w drogę. Późnym wieczorem dotarłem do Lesce Bled  , gdzie zdążyłem jeszcze „popsztykać” się z durnym kelnerem, który nic nie wiedział, nic nie słyszał, ale miał wielkie pretensje, że przyczepa stała na miejscu dla inwalidów. Pusty parking przed pustą restauracją na terenie lotniska na jakieś 20 aut, do tego namalowany znak ledwie czytelny, a nasłuchałem się jakbym kogoś przejechał. Baran widywał mnie każdego dnia, a ja w ramach rewanżu codziennie jadłem na mieście.

Posted in Felietony.