79. Belluno.

Z Jiczina wywożę 6 godzin nalotu, 2 nowe typy, no i miłe wspomnienia. Teraz czas odwiedzić dom, moje cztery dziewczyny i leżącego teścia. Najgorsze, że muszę ciągle wybierać dom, czy latanie. Tu żaden wybór nie jest dobry, a o sprawiedliwości wyboru w ogóle nie ma mowy. Tydzień w domu i ruszam do Włoch. Po drodze ARC na Żarze i dalej przez Bratysławę, Wiedeń na południowy cypel Alp do Belluno. Tu zaplanowano włoski zlot zabytkowych szybowców, przynajmniej tak wynika z zapisu w kalendarzu VGC. Przed Belluno góry nagle zaczynają rosnąć. Ściany strome do wysokości kilometra porośnięte lasem, a wyżej trawa, mech i potem już tylko szare skały. Niektóre mogą mieć ponad 2 kilometry. Przed wyjazdem oglądałem zdjęcia w google maps. Nie myślałem, że będzie to, aż tak to groźnie wyglądać. Oj, czy aby nie porwałem się z motyką na Księżyc. Na miejscu jestem wczesnym popołudniem. Trzy, czy cztery szybowce co jakiś czas startują, ale jest jakoś pusto, coś za mało wózków szybowcowych. No tak, zdziwienie moją osobą i moimi informacjami o zlocie wyjaśnili po kilkunastu minutach instruktorzy. Zlot miał być, ale zgłoszeń nie było, więc zlot odwołano bez poinformowania VGC. Włochom trochę głupio, ale ja jestem zadowolony, bo zostałem uznany na kilka dni najważniejszą osobą na lotnisku. Hulaj dusza piekła nie ma nawet we Włoszech.

W niedzielę od rana ruch na lotnisku dość umiarkowany, po południu ma padać. Mimo to składam Fokę, i od razu widzę spore zainteresowanie. Tu nikt nigdy nie widział, ani nawet nie słyszał o takim szybowcu Foka, ale wyraźnie podoba im się. O dziwo, nie zażądali ode mnie lotu sprawdzającego chociaż na początku była o nim mowa. Sprawa jasna, sam się domyśliłem, że nie mam szans na lot w góry i pobujam się nad lotniskiem no najwyżej godzinkę, a potem klapnę na trawę, której jest tu, aż nadto. Lotnisko jak na górskie warunki wysokiej klasy z długim pasem startowym, a także w miarę szerokie. Jest miejsce na firmę lotniczą, helikoptery i służby ratownictwa helikopterowego. I tak było, ciut ponad godzinkę, ale w 2-ch lotach. Niekorzystny wiatr wzdłuż równoległego do drogi startowej zbocza nie pozwolił mi na nic, nawet na osiągnięcie szczytu w tym przypadku 1700 metrów QNF. Włosi, swojaki trochę polatali. Oni jednak znają te swoje góry i wiedzą jak taki kierunek wiatru może zapracować. A ja? A ja nie zaryzykuję wlotu w miejsce, z którego dla mnie nie będzie powrotu. Ciekawostką są tu hole a holówka to Husky. Franczesko, prezes aeroklubu zaproponował mi ceny klubowe, czyli 45 euro 600 metrów i potem za każdą setkę dopłata bodaj 3 euro. W sumie za 6 holi zapłaciłem 300 euro, ale maiłem w tym hole nawet na 900 metrów. W radiu słyszałem o meldunkach wyczepień nawet na 1700 metrach. Już po pierwszych dość marnych lotach przestałem się temu dziwić. Hole w wąwozy, gdzie nie ma możliwości lądowania na odcinkach kilkudziesięciu kilometrów nie mogą być niższe. Szybki sportowy szybowiec może gdzieś przy rozgrzanej ścianie znaleźć noszenie i gdzieś tam doleci w znane sobie miejsce, a ja na mojej staruszce musiałbym siadać w rwącej rzece. W poniedziałki lotnisko w Belluno jest zamknięte, wiec Foka została zdemontowana do przyczepy. W hangarze stoły zastawione, to chyba u nich niedzielna tradycja na lotnisku. Zaproszono mnie na hangar party z piwem, kiełbaskami, a że to Włochy także były obowiązkowe sałatki. Były pyszne i skomplementowałem je, nic na wyrost „These weighs are full of Italian sun”.

Poniedziałek wolny od latania, więc saszetka, okulary i spacerkiem na pociąg. Raptem 1,5 godziny z przesiadką bez czasu na oddech i wysiadam na dworcu w Wenecji. Za gorąco na łażenie, ale co zrobić jest okazja, więc trzeba łazić i oglądać. Zwiedzanie zacząłem od wystaw z paciorkami z weneckiego szkła. Myślę, że dziewczyny nie będą grymasić na te świecidełka, tego zawsze im mało, a Wenecja słynie z wyrobów szklanych. Sobie z racji upału i palącego słońca kupiłem kapelusz z rondem. To mój pierwszy w życiu. Ach odwiedziłem jeszcze królestwo lodów polecane mi przez córkę Iwonę (Pakochontas). W barze z piwem i kotletem znalazłem coś co już widziałem na fejsie. Pewnie wszystkich panów bawi to samo. Rzeczka, mostek, mostek, placyk, nawet święty placyk, gondola, dużo gondoli i ta dżungla wąskich uliczek. Nogi już w tyłek mi wchodzą, aż wreszcie wstępuję na Plac Świętego Marka. No, robi wrażenie, a ja prawie padam. Nie znoszę upałów, jednak pstrykam jak opętany od wschodu potem od zachodu, cała róża wiatrów. Rezygnuję z powrotu na nogach i wracam na dworzec drogą morską korzystając z wodnego tramwaju. Powiew chłodnego powietrza znad wody cuci mnie i wstępują we mnie nowe siły. Dalej pstrykam zdjęcia, bo w krajobrazie Wenecji wypatrzyłem krzywą wieżę jakiegoś kościoła. To chyba zły znak dla tego miasta. Z tym tramwajem to był strzał w dziesiątkę, bo nie wiem kiedy bym wrócił na lotnisko, a wróciłem po 9-tej. Jeden dzień na Wenecję to za mało. To duże miasto.

Następne 2 dni to oczekiwanie na pogodę. Niby słonecznie, a szczytów nie widać. Wreszcie trzeciego dnia decyduję się na latanie. Hol na 800 metrów i slajdem w pół godziny do ziemi. W dodatku ledwo uniknąłem kolizji z paralotnią. Byłem wyżej od niego. Lecieliśmy w tym samym kierunku szybko doganiając go. Kilkadziesiąt metrów przed nim zdecydowałem się na ostry zawrót w lewo od stoku. Ułamki sekundy po mnie paralotniarz zrobił to samo zakręcając dynamicznie w lewo jednocześnie szybko wznosząc się w górę. Minęliśmy się o kilka metrów. On dokręcił zakręt w kierunku góry ostro schodząc w dół, a ja odleciałem od ściany na jakieś 100 metrów i potem z powrotem się odwróciłem by zobaczyć co się z nim stało. Widziałem, że po chwili wylądował na tym samym miejscu skąd wcześniej wystartował. Gdybym manewr skrętu w lewo wykonał sekundę później jego paralotnia prawdopodobnie w zderzeniu czołowym zawisła by na dziobie Foki. Dla żadnego z nas raczej nie byłoby żadnej szansy na ratunek. Po lądowaniu ledwo zdążyłem schować szybowiec do przyczepy. Ulewa była jak afrykański monsun.

Następne dni pozwoliły mi wreszcie trochę polatać. Termika poprawiła się i mogłem odlecieć na kilkanaście kilometrów od lotniska, ale po przeciwnej stronie doliny. Tam też szczyty wznoszą się na 1700 metrów. jest jednak bardziej płasko, a całość góry jest zalesiona. Nie udało mi się wzbić wyżej jak na 1800 metrów. Wlatywałem nad krawędź zbocza, a następnie leciałem wzdłuż krawędzi. Szybowiec tracił wysokość, a góra ciągle rosła, aż wreszcie, gdy mijałem poniżej szczytu maszt jakiejś anteny odlatywałem w dół, by nie zaliczyć kontaktu z drzewami. Zresztą na tej wysokości były już podstawy chmur, a widzialności jak w szklance rozwodnionego mleka. W tym mleku musiałem trzymać się z dala zwłaszcza od biało-szarych skał, od których było trudno ocenić odległość. Cóż z pogodą nie trafiłem, jednak czas spędzony w Belluno nie uważam za stracony. Skoro taka pogoda występuje też trzeba w niej latać i uczyć się. Może kiedyś ta nauka mi się przyda? Poza tym bardzo dobre lotnisko, a brać lotnicza jak w większości miejsc na ziemi bardzo pomocna i przyjacielska. Polecam odwiedziny z całymi rodzinami. Wenecja, szmaragdowe jeziora i już wymagające góry do pieszych wycieczek. Czekają na Was.

Posted in Felietony.