78. Jiczin.

Notoryczny brak pieniędzy, moja zmora i przeszkoda w lataniu. Z Sutton Bank pojechałem prosto do pracy. Dwa tygodnie jeżdżenia chłodniami po magazynach z jednodniową obowiązkową przerwą. Wykorzystałem ją okazyjnie na dwa starty w Hinton, by pożegnać się na dłużej z kolegami. Teraz kierunek Jiczin w północnych Czechach, gdzie zaczyna się zlot czeskiego stowarzyszenia POTK. Już myślałem, że źle trafiłem, albo zlot odwołany, bo było już dobrze po zmierzchu. Ale nie, to oni sącząc piwo wypatrzyli mnie jak wolno jechałem po wyboistej drodze. Starą zardzewiałą bramę otworzył mi Wlado z Rany. No fajnie myślę jednak dobrze trafiłem, ale sceneria nader upiorna. Piwko na powitanie i czas spać. Poranne słońce przegoniło upiory i lotnisko okazało się bardzo ładnie położne na dalekich peryferiach Jiczina. Długi pas, szkoda tylko, że mały hangar, bo na kilka szybowców brakło miejsca. Jedna rzecz, a właściwie widok na Jiczin był bardzo ujmujący. Dosłownie z każdego miejsca było widać wieżę Żaholeckiego zamku z chrakterystycznym czerwonym  dachem znanym mi z bajek o rozbójniku Rumcajsie. Dwa pokolenia wychowywały się na tych bajkach.

Pogoda umiarkowanie skromna w pierwszym dniu pozwoliła jednak na wykonanie dwóch lotów w sumie godzinka. Krążyłem nad Jiczinem wykonując zdjęcia miasta  i słynnej wieży. Po lotach wybrałem się rowerem na zwiedzenie miasta i zaopatrzyć się w czeskie korony. Ładne miasto, ale widać różnicę pomiędzy północą, a bogatszym południem Czech. Następnego dnia przekroczyłem już w jednym locie, ale było to mozolne i nie mogłem odlecieć za daleko. tego dnia pojawił się w Jiczinie Boris Kozuh z  Niko Slaną i dwoma kolegami z Zagrzebia. Przywieźli ze sobą zabytkowego drewniaka o włoskim  pochodzeniu Morelli S 100. Pięknie odrestaurowany szybowiec zarejestrowany na znakach 

chorwackich. Od samego początku Borys namawiał mnie na ponowne odwiedzenie Sinj w Chorwacji, ale chociaż chętnie bym tam pojechał, to już wiedziałem, że nie wydolę z finansami. (Nawiasem mówiąc, po powrocie do Polski byłem nawet w banku spytać o kredyt, ale mi odmówiono).

Trzeciego dnia wreszcie pojawiła się konkretna termika. Wszyscy szybko porozlatywali się w różnych kierunkach. Mnie jak wilka do lasu ciągnie w góry, więc wybrałem kierunek północ lecąc według mapy prosto na Śnieżkę. Lot od początku z przygodami. Jakimś cudem mapa wpadła mi za oparcie i musiałem zdać się na swój driverski nos, czyli zapamiętać gdzie byłem, żeby na powrocie wiedzieć gdzie wrócić. Wspinam się coraz wyżej, ale nie każda chmura  zabiera. No, jest ta co ma siłę, ale ona chciała by mnie połknąć. Już jestem pod samym sufitem, a tu jakieś 200 metrów na wprost od mojego dziobu widzę szmaciane urządzenie i to ze spadochronikiem nad czaszą. O kurcze! strefa zrzutu  skoczków spadochronowych. Zwrot o 180 stopni i zwiewam. Coś tam mówili na briefingu o możliwych skokach na lotnisku we Vrhlabi. Odlatuję z kilometr i odwracam się z powrotem. Widzę go jak ląduje. Przynajmniej pokazał mi gdzie to lotnisko jest. Ale więcej spadochronów nie widzę, może był tylko jeden. Wyciągam aparat zaczynam pstrykać zdjęcia. Wreszcie taki zapstrykany przyglądam się ziemi. Oj, jakoś blisko do niej. Na wysokościomierzu 1000 metrów, a na oko nie ma nawet 200. Już trochę nerwowo, ale szybko zabieram się za szukanie  komina. Znalazłem go dosyć szybko na południe od Vrhlabi, centrowanie, rzut okiem na ziemię, no jakieś 300 meterków, jadę 2-jeczką w górę. Po paru minutach mam już 1300, patrzę w dół, no nie mniej niż 100 metrów do ziemi. Wiatr pcha mnie na zbocze, ale na szczęście już się skończyło, teraz przez chwilę będzie płasko. Do Śnieżki jeszcze daleko. Mam prawie 1700 metrów, ale przede mną ostatnia chmura, a dalej mdły błękit. Mimo wszystko lecę pod tą ostatnia chmurę. Wygląda super, jednak wszędzie -2, -1 i na słońcu, i w jej cieniu tracę wysokość. Gdzieś tam za Śnieżką Szklarska Poręba i Jelenia Góra dzisiaj nie dane mi było tam dolecieć. Nic trzeba wracać. Na wysokości Vrhlbi znowu mam 1000 metrów, chwilę dalej już tylko 800. Dopiero pierwsza, a niebo całkowicie się odkrywa i znika wiatr. Daleko na południe widzę miasto. To musi być Jiczin, bo i tak wątpliwe, że tam dolecę. Cały czas trzymam 80 km/godz, a wskazówka na wariometrze stoi na zerze. Ubywa tylko wysokości, ale też do czasu. Zatrzymuje się na 300-tu metrach. Ja latam na QFE i nie wiem czy to dobrze, czy źle, ale nie chcę zmieniać tego nawyku, by ciągle nie obliczać wysokości. Zresztą mniejsza z tym miasto zaczyna mi powoli wychodzić nad horyzont, ja nie widzę lotniska za miastem, a gdzie zamkowa wieża? To nie Jiczin. Rzut okiem w prawo, jest dobre kilka kilometrów, a po drodze małe wzniesienie i cały Jiczin trzeba oblecieć dookoła. Wlot nad miasto mógłby skończyć się na rynku, albo jeszcze wcześniej. Nadkładam trochę drogi i lecę tak, by w razie czego siadać z prostej na pierwszym lepszym polu nawet w kukurydzy. Nie wiem dlaczego, jak i co, ale wskazówka ruszyła w dół dopiero, gdy byłem pewny dolotu.

Ostatniego dnia postawiłem na luzik i przekierowałem moje priorytety z latania Foką na latanie na innych szybowcach. Pierwszy wpadł mi w oko  Morelli M100s ze Słowenii. Solidnie wyremontowany włoski szybowiec w ładnym malowaniu ze znakami rejestracyjnymi Chorwacji od początku zwracał moją uwagę. Nigdy przedtem nie widziałem tego szybowca, ani nawet nie słyszałem, że taki istnieje, wiec tym bardziej chciałem się ni przelecieć. Umowa z Goranem była prosta ja lecę  Morelli, a on Foką. Trochę instruktażu przed starem, krótka sesja zdjęciowa i lecę. Łatwy do opanowania, zresztą jak prawie każdy wiekowy szybowiec. Tak kiedyś projektowano szybowce, bo podstawą było łatwe i prawidłowe wyszkolenie pilota. Na przełomie lat 50-tych i 60-tych trudności w lataniu pojawiały się dopiero podczas przesiadki z szybowców na samoloty odrzutowe. Dzisiaj selekcja adeptów lotnictwa na „rury” odbywa się trochę inaczej. Mają się czym pochwalić panowie Chorwaci i ja też, bo to mój następny typ w książce lotów. Niestety Goran długo wiercił się w mojej Foce, by na koniec stwierdzić, że nie czuje się komfortowo, ciasno, zły dostęp do hamulców no i zrezygnował z lotu. Trochę mu przyznaję rację, bo ja też mam problem pomieścić się w Foce zwłaszcza, gdy jest zimno. W tym wypadku Foką z chęcią poleciał już po raz któryś  Ulf, ja zaś poprosiłem Zbyszka o lot  Kmotrem. Sama nazwa już mówi, że to dwuster. Na lot zabrałem się  z Jiżi, który mnie od razu mnie uprzedził, że będzie trudno. Kmotr lubi rozbujać się na holu. Trudno nim utrzymać kierunek za samolotem zwłaszcza przy bocznym wietrze. Nogami trzeba przebierać prawie tak szybko jak jadąc z górki rowerem. Utrzymanie skrzydeł w poziomie i zapobieganie nurkowaniu, czy wyskakiwanie w górę też trzeba opanować zwłaszcza krótko po starcie. Po wyczepieniu inna bajka. Leniwy ptak dający się łatwo poskromić. Powisieliśmy 34 minuty, a podczas tego lotu zrobiłem przypadkiem  dwa  jedne z najzabawniejszych zdjęć jakie udało mi się zrobić w życiu. Co ty na to?  A ty na to? Pod hangarem żarty poszły dalej. Dzięki Zbyszek  . Tego dnia na zakończenie zlotu wziąłem udział w zebraniu czeskiego stowarzyszenia starych szybowców POTK i wstąpiłem w jego szeregi. 

Posted in Felietony.