77. Suttun Bank.

Zeszłoroczne problemy z lotkami uniemożliwiły mi loty Foką w Sutton Bank. Teraz jest wszystko w porządku, więc jadę na spęd nie tylko polatać, ale też pokazać moją mistrzynię. No, ale pech. Przed samym Yorkiem wjeżdżam w ulewę, która prowadzi mnie do samego lotniska. Znalazłem puste miejsce pomiędzy przyczepami. Nie wychodząc nawet z auta, bo ciągle leje, przeciskam się pomiędzy fotelami do mojej samochodowej sypialni i kładę się spać. Poranek jeszcze pochmurny, ale parasol już nie jest potrzebny. Jedynie mokra trawa przemacza buty i nogawki spodni, gdy idę na briefing. Hangar zastawiony krzesłami, wszystkie zajęte, więc staję z boku opierając się o stół z imadłem. Większość uczestników już znam. Andrew Jervis prezes VGC kiwa do mnie ręką na powitanie i po chwili oznajmia obecnym o moim przybyciu. Teraz to ja już ściskam nad głową swoje dłonie w powitalnym geście. Weather forecast na dzisiaj optymistyczny, będziemy latać.

Po śniadaniu na miejscach postojowych duży ruch. Ci co mają ściągają pokrowce z szybowców, a ci co nie mają pokrowców wyciągają szybowce z przyczep i montują je. Też biorę się do roboty. I jest to na co od dawna czekałem. Kilka naście metrów ode mnie składają pomarańczową  Fokę. Wreszcie spotkały się. Biegamy  pomiędzy Foczkami podziwiając je i wyszukując różnic. Przyglądam się dokładniej pomarańczowemu lakierowi. Ładnie to wygląda, ale podpada mi jego jakość. (Greg) sam wykonał lakierowanie i zdradził mi, że zrobił to wałkiem. Do dzisiaj zastanawiam się, czy żartował sobie ze mnie, czy rzeczywiście to prawda. Cóż, nie każdego stać na fabryczny remont, a w tej klasie, klasie vintage wagi i osiągi aerodynamiczne nie są takie ważne. Liczy się przed wszystkim wygląd, a tu został osiągnięty, bo angielska Foczka prezentuje się na prawdę dobrze. A, jeszcze jedno, ma tylko 700 godzin nalotu, a moja 3700. 

Czas na start. Wszystko już znam i ceregiele związane ze znajomością obszaru omijają mnie. Startuję pół do pierwszej. Jest wietrznie z niską podstawą chmur. Najpierw latam na  termice, która jest bardzo kapryśna, a potem wchodzę na żagiel, który też nie daje długiej perspektywy lotu i ląduję po 50-ciu minutach. Jeszcze na briefingu poznałem australijskiego pilota , który wraz z rodziną odwiedził Anglię. Chciałbym kiedyś trafić z Foką do Australii, ale z racji finansów jest to raczej niemożliwe, więc żeby mieć choćby najmniejszy ślad australijski w książce Foki proponuję lot. Propozycja została chętnie przyjęta, ale dała się wyczuć obawa. Chyba za dużo gadam o charakterystyce pilotażu Foki, uczulając na niskie końcówki skrzydeł, bo wielu boi się, że mogą zahaczyć skrzydłem o trawę. Paul Dickson  jednak wystartował i start, a także lądowanie wykonał całkowicie precyzyjnie. Jak to mówią strach ma wielkie oczy. Lecę jeszcze raz. Tym razem przekroczyłem godzinę lotu w powietrzu. Znalazłem nawet małe lotnisko samolotowe całkiem niedaleko od zbocza, a gdy wleciałem nad wzgórze obserwowałem z góry lądowanie przygodne Capstaina w polu.

Późny obiad spędziłem przy jednym stole z rodziną Paula rozmawiając o Australii, ich i moich planach podróży ucząc się jednocześnie poprzez konwersację angielskiego. Wieczorem zaś Roni i Coni z Dunstable uczyli mnie grać w domino. Widać było, że jestem pojętnym uczniem, bo po dwóch rozdaniach wygrywałem wszystkie partie. Bardzo szybko zniechęcili się do gry, bo jakoś nie umiem dawać za wygraną. Aż żal, że nie graliśmy na pieniądze. Oj, stare czasy pokera, baśki, czy 66 zapisane zostały w mojej głowie już chyba na zawsze. Następny dzień to totalna nuda. Na przemian deszcz i słońce. Z parkingu nawet zaczęły znikać przyczepy, bo zlot zbliża się do końca, a pogody nie widać. Na mnie też już czas, ale zostaję na jeszcze jeden dzień. Już z rana pojawił się wóz transmisyjny lokalnej TV. Talerz anteny na busie ustawiony na satelitę i dwóch młodych reporterów biega po lotnisku z kamerą, mikrofonem ciągając za sobą kable. Gdy pojawili się na starcie zadbałem o to by Foka została zauważona. Że tak powiem zapchałem im ją pod sam „nos”, wsiadłem i poleciałem ciągnięty przez Cessnę Ponee. Kiepska pogoda nie dała długo polać, więc wystartowałem drugi raz i znowu kicha. Dałem sobie spokój, bo latanie na sznurku kosztuje nie mało i nie daje wystarczającej satysfakcji. Spakowałem szybowiec i poszedłem na obiad. W restauracji podniecenie, bo co kilkanaście minut transmisja na dwóch kanałach TV. – Mirek, siadaj zaraz będziesz we wiadomościach -. Usiadłem na podłodze z przygotowana komórką i dosłownie po minucie już leciałem Foką, ale tym razem na ekranie. Po obiedzie rozliczyłem się za loty, pożegnałem z kolegami i ruszyłem w stronę auta. Po drodze mijałem wóz transmisyjny, do którego redaktorzy pakowali sprzęt reporterski. E, podziękuję im i rzuciłem z uśmiechem kilka słów mniej więcej tej treści – dzięki sir, to nie był mój pierwszy występ w TV, ale za to najdłuższy w całej mojej telewizyjnej karierze -. Rozbawiłem ich, bo przyjęli to podziękowanie głośnym śmiechem i uściskami dłoni, a potem sprint na koniec lotniska do do auta. Znowu zaczęło lać.

Posted in Felietony.