76. Husbands Bosworth.

Dwa dni pracy i wyruszam do Husbands Bosworth, gdzieś  w polu pomiędzy Coventry, Lutterwolth i Kattering. Jest to mała miejscowość w centralnej Anglii stąd nazwa klubu  The Gliding Centre. Mimo tej oddalonej od ludzi lokalizacji lotnisko jest bardzo znane i prężnie działające. Dlaczego wybrałem to lotnisko? Otóż w tym roku w „HusBos”, bo tak nazywają w skrócie to lotnisko, odbędzie się tu reveniue przed światowym zlotem  VGC w Tibbenham koło Norwich. Ja zamierzam w tym roku zrezygnować z udziału w tych zlotach na rzecz odwiedzin w południowej Europie. Poza tym w grę wchodzą koszty, terminy i wznowienie ARC. Tibbenham zostawię sobie na później.  Z pierwszym startem miałem trochę angielskich korowodów. Pytali o wszystko, bo to ponoć własność prywatna. Migałem się z odpowiedziami, ale wreszcie poleciałem. Płasko jak na stole, ale angielskim ceregielom musiało stać się zadość, czyli lot sprawdzający. Sydney „Syd” Gillingham  szef wyszkolenia osobiście wziął mnie do DG 505 by pokazać mi okolice. No, myślę sobie, dobre chociaż to, że poznam nowy szybowiec, bo 505-tką jeszcze nie latałem. Fajny gość ten Syd, przyjacielski, siwiutki, ponad 7 dych i widać jeszcze nie napasiony lataniem chociaż przekroczył już 7 tysięcy godzin nalotu. Nucił, pogwizdywał i w locie, który trwał ledwie 16 minut kilka razy przejął stery. Nawet mi to pasowało, bo mogłem porobić trochę zdjęć.

Do CTR-u Coventry  ledwie kilka kilometrów. Syd mi wyjaśnił co zacz, a ja skwitowałem to analogią do polskiego Radomia. Mało kto wie, że lotnisko Coventry, a właściwie  B…. było największą bazą lotniczą w czasie II-giej wojny dla polskich dywizjonów myśliwskich, gdzie Polacy przysposobili sobie z tego miasteczka angielskie panny na żony i wielu tu się osiedliło. Dzisiaj na lotnisku w B… jest jedno z większych muzeów lotniczych, które odwiedziłem dwukrotnie kilka lat wcześniej. Są tu dwa szczególne samoloty. Pierwszym z nich to angielski  Avro Vulkan B.2.  Ta ogromna  delta w swoim ostatnim locie wylądowała na tym lotnisku i następnie została zaciągnięta na miejsce, gdzie można ją dzisiaj podziwiać. Wszedłem nawet do  środka. Nie miał bym nic przeciwko, by urządzić sobie w nim mieszkanie. Drugi dla nas Polaków ciekawy samolot to polska Iskra. Szkaradnie pomalowana w jakiegoś głupiego  rekina, ten okropny kolor, a szachownica na ogonie ledwo przypomina polską banderę lotniczą. Jednak nie płaczę, bo to nasze i napawa dumą. Tego dnia ze względu na późną porę zrezygnowałem z montażu Foki, a Syd zabrał mnie w odwiedziny do swojej rodziny. Ze zdumieniem stwierdziłem, że na 10 lat moich kontaktów z Anglią dopiero pierwszy raz zostałem zaproszony do mieszkania. Anglicy nie są wylewnym narodem i nie rzucają się w ramiona jak Pawlak Kargulowi. Dystans jest tu wyczuwalny, a Syd widać jest ciut inny.

Rankiem następnego dnia zabrałem się za montaż Foki. Pomógł mi w tym Mike Love, którego od dawna nie widziałem w Hinton skąd się znamy. Mike kupił przyczepę kempingową i na stałe zaparkował ją na lotniskowym kempingu. Opłatę roczną wynegocjował na 600 funtów. Tak, to standardowa metoda w klubach angielskich. Jeśli masz daleki dojazd do aeroklubu, a chcesz dużo i codziennie latać, przywozisz sobie mieszkanie na kółkach i oszczędzasz na długich dojazdach, lub na hotelu, czy kwaterach. Mike zdecydował się zrobić licencję instruktorską, i aby zintensyfikować latanie wybrał tą metodę, bo w HusBos lata się codziennie, a w Hinton tylko w weekendy. Kiepska pogoda sprawiła, że wykonałem aż 3  loty w czasie 1,25 godziny. Będę kiedyś musiał powrócić na to lotnisko, ale warunkiem jest cumulusowa pogoda. Obiecałem to Sydowi.

Na koniec zostawiłem sobie specjalny kąsek. W HusBos używają wyjątkowych samolotów do holowania, a mają ich aż 3. Są to niesamowite

 Cheepmunki. Pierwszy raz je spotkałem i to w takiej ilości. Nie znam historii powstania tych samolotów, za co dostałem opr od Jarka Szustera, ale dzisiaj wiem, że mają one polski rodowód. Nie będę się silić na opis jaki usłyszałem od Jarka, by nie strzelić gafy, więc najpierw muszę poczytać, by potem móc się wymądrzać. Jednak dzisiaj napisać już mogę jedno, nie spotkałem dotąd lepszego samolotu do holowania szybowców. Twierdzę, że najlepiej się lata za samolotami z kółkiem ogonowym. Cheepmunk to ma. Do pierwszego startu ustawiłem szybowiec bardzo daleko od przeszkody w postaci betonowej drogi w poprzek pasa trawiastego, by zabezpieczyć Fokę przed uderzeniem o krawędź betonu podczas rozbiegu. Nie wierzyłem, że ten staroć poradzi sobie podczas rozbiegu z ciężką na dziób Foką. Do drugiego startu już stałem bliżej, a gdy startowałem trzeci raz Foka stała już blisko tak jak inne szybowce.  Cheepmunk start ma bardzo płynny, szybki, ale do tego miękki. Nigdy przedtem nie miałem tak przyjemnych startów Foką za samolotem. Sam hol stałe wznoszenie 5 m/s to lepiej niż Jak 12 i Wilga. W ciasny komin wchodzi dosłownie jak nuż w masło. To prawdziwa rewelacja z końca wojny, bo to, aż tak stary projekt. Holował mnie młody chłopak, Anglik. Zachwycony pierwszym lotem pokazałem mu ręką z kabiny, że może ze mną na ogonie wchodzić ostro w ciasny komin. Wilga i Jak w ciasnych kominach mają tendencję lekkiego przepadania i wyskakiwania w górę, za Cheepmunkiem nic z tych rzeczy kręci jakby był oparty jednym skrzydłem o ziemię i pnie się szybko do góry. Przednia jazda, taki hol to bajka. Obserwując lądowania  tych samolotów mój podziw dla nich wzrósł jeszcze bardziej.  Kiedyś myślałem, że piękne lądowania ześlizgiem mogą robić tylko zabytkowe szybowce, jednak nie, piękne samoloty też to potrafią. Jako ciekawostka, ten młody pilot szkoli się w szkole lotniczej Bartolini air w Polsce, a godziny do licencji zdobywa na holowaniu szybowców tu w HusBos. Co te chłopaki nie nakombinują by latać.

 

Posted in Felietony.