75. Lasham.

Czytałem w Internecie, rozmawiałem, przysłuchiwałem się i sam dorabiałem spiskowe teorie. Aaa, co mi tam, biorę byka za rogi i jadę do  Lasham. Przyjęcie jak na Anglię mało komfortowe. Wszyscy zajęci swoimi sprawami, zabiegani, zalatani, a po polsku zarobieni i jeszcze ten z Foką zawraca im głowę. Cóż, największy aeroklub świata, gdzieś przemknęła mi koło uszu liczba członków ponad 1,5-ra tysiąca. Dużo, pojedyncze natręty znikają w globalnym przerobie. Zrezygnowany usiadłem w restauracji przy ciachu i herbacie celowo w widocznym miejscu. Wreszcie po kilku zrobionych kursach koło mojego stolika zabiegany szef wyszkolenia zatrzymuje się i mówi mi – Idź tam koło  hangaru, tam jest Tomek, on ci powie co masz robić. Spotkaliśmy się w połowie drogi. Tomek zaczepił mnie po imieniu. – Skąd my się znamy, myślę? – i po krótkiej wymianie zdań wszystko sobie przypomniałem, z Challock. Wówczas po tym jednorazowym kontakcie Tomek zaprosił mnie do grona znajomych na fejsie. Uznałem, że już nigdy nie spotkamy się i puściłem sprawę mimo. No, ale ten mój błąd jest już naprawiony, a Tomek po tych kilku latach poszedł znacznie do przodu. Dzisiaj przez 5 dni tygodnia tyra na holówce w  Lasham zbierając godziny do zawodowej licencji, a w sobotę i niedzielę pracuje tak jak ja na tirach zarabiając na rodzinę. Dalej wszystko poszło jak po maśle, tylko panie od księgowości rejestrując moją kartę płatniczą były zdziwione, że mi się udało. Lotnicy potrafią się dogadać w sprawach lotniczych, bo to kochają, a panie od cyferek kochają cyferki. 

Początkowo miałem na myśli miałem jakiś lot zapoznawczy z instruktorem, ale gdzie tam, skąd weźmie dodatkowy czas na niepotrzebny lot. W tę rolę doskonale wszedł Tomek, który dokładnie przedstawił mi zasady ruchu nad lotniskiem i na rozpoznanie terenu poleciałem sam. Krótki ten lot, ledwie 12 minut, ale w następnym przekroczyłem już godzinę. Lotnisko robi  wrażenie. Jest duże, z tradycyjnymi asfaltowymi drogami startowymi w kształcie trójkąta. Skąd się wzięła ta siła i wielkość aeroklubu w takim dziwnym terenie oddalonym od dużych miast. Do Londynu jest ponad setka kilometrów, a Bsingstoke nie jest wielkim miastem. Otóż aeroklub Lasham jest właścicielem terenu i wynajmuje główny pas startowy i kilka hangarów dużej firmie serwisującej obsługi techniczne dużych samolotów  pasażerskich. Pieniądze z wynajmu, wolna strefa od lotnisk kontrolowanych ściąga szybowników z Londynu i okolic. A teraz magia wielkości pracuje sama na siebie.

Drugi dzień już z góry był planowany jako ten ostatni, a na domiar komórkowa aplikacja AccuWheather  przewidziała na popołudnie opady. Poranek okazał się jednak zaskakujący. Przechodząc przez bar zauważyłem, że przy jednym stoliku jest jakoś więcej ludzi. No tak, prawie wszystkich znam. To grupa  Holendrów, którą spotykałem już kilka razy na różnych lotniskach. Czasami mają ze sobą jeden lub dwa szybowce K-6, ale najczęściej tylko zwiedzają. Poznali mnie od razu i zaprosili na kawę. Do Lasham przyjechali zwiedzić 2 hangary klubu  Heartrige, które są wypełnione starymi szybowcami. Całość stanowi ekspozycję muzeum, które pustoszeje, gdy jest szybowcowa pogoda. Dzisiaj z tego muzeum żaden z szybowców nie wystartował, a ja poleciałem i w sumie żałuję. Lepiej było wspólnie z grupą kolegów zwiedzić to muzeum, niż uszarpać się z montażem i demontażem Foki dla 15-tu minut lotu. Potem powrót do Banbury w mżawce, a nocka za kierownicą tira.

Posted in Felietony.