36. Hinton in The Hedges.

Z Nitry wyjeżdżałem z zamiarem odwiedzenia lotniska w …, ale po zatankowaniu baku stwierdziłem, że ledwie starczy mi na powrót do Piły. Znowu spłukany rezygnuję. Z pustymi kieszeniami czuję się jak „ranny łoś”. Wyrozumiała córka pożycza mi na wyjazd do Anglii i po tygodniu już nie szybownik, tylko tragarz z umiejętnością jazdy ciężarówką ganiam po Anglii z dostawami do Pizza Hut, Burger King, Zizi i wielu podobnym. Przeciążony kręgosłup i brudne angielskie knajpy to tylko przystanek do celu jakim jest latanie. W wolnym czasie wpadam kilka razy do Shenington, gdzie trochę pomagam na starcie, a nawet raz przeleciałem się na ASK-21. Jest to przyjazne lotnisko, ale nie rozumieją mnie tu zadając dziwaczne pytania, więc pewnego dnia ulatniam się i przenoszę się na wschodnią stronę Banbury do Hinton in The Hedges.

Hinton to specyficzne lotnisko. Tu rządzą spadochroniarze. Wszystko jest podporządkowane skokom, które odbywają są codziennie, natomiast latanie na szybowcach generalnie tylko w weekendy. Skacze się tutaj z nowozelandzkiego Pilatusa , oraz z węgierskiego Antonowa 2. Czasami na betonowym pasie lotniska można dostrzec polskiego Ogara, który jest w znakomitej kondycji. Wożeni są nim pasażerowie, oraz czasami szkolący się szybownicy. W UK-ej pierwszy przelot do licencji szybowcowej na odległość 50 km wykonuje się na motoszybowcu z instruktorem za plecami i symulacją lądowania w ograniczonym polu.

Latanie szybowcami jest obostrzone strefami skoków. Codziennie przed startem trzeba zapoznać się ze strefą zrzutów skoczków i potwierdzić podpisem, która zależna jest od kierunku wiatru. W Polsce to nie do pomyślenia, ale loty i skoki odbywają się tu jednocześnie, a lotnisko, pozostałość po wojnie nie jest duże. Jest to litera A o boku już jedynego pasa długości ledwie 900 metrów. Ostatnio nawet są wykonywane jakieś dziwne zakusy właściciela terenu i na obrzeżach już na terenie lotniska pojawiło się ogromne składowisko konstrukcji budowlanych. Tylko czekać jak ktoś w to wskoczy. Starty i lądowania szybowcami to czasami loteria, bo nie zawsze skaczą mistrzowie na skrzydłach i często widać okrągłe niesterowne czasze kończące skok na drodze startowej zestawu. Trzeba być cierpliwym i głowa musi kręcić się dookoła.

Wystartowałem już w pierwszy dzień pobytu w Hinton. Niby ok-y, ale coś nie pasowało instruktorowi. W następnym tygodniu lot z innym instruktorem i znowu to samo. Dopiero po dwóch tygodniach po lotach z instruktorem Jeffem doszliśmy gdzie robię błąd. Cóż, w podejściu do lądowania wykonywałem polską rundę 4-ro zakrętową. W Brytanii tak już się nie lata od ponad 10-ciu lat. Jeszcze tego samego dnia Jeff zaproponował mi skrócone angielskie szkolenie. Zważywszy na to, że moim zamiarem jest odwiedzenie kilkudziesięciu lotnisk w UK i, żeby nie mieć później problemów chętnie przystałem na tą propozycję. Na początek w ramach już wcześniej wpłaconego członkostwa otrzymałem bezpłatnie podręcznik „Gliding from passenger to pilot”, oraz listę programu szkolenia.

I zaczęło się. Najpierw łamanie języka w angielskiej pre-flight checks, potem procedury startowe i planowanie podejścia do lądowania tak zwanego „The gliding circuit”. TGC zaczyna się wejściem w miejscu polskiego 2-giego zakrętu na wysokości 800-900 stóp i zgłoszeniem „downwind leg”. Potem na wysokości progu pasa robimy zakręt około 45 stopni i wykonujemy lot na prostej skośnej „diagonal leg”. Następny zakręt to znowu 45 stopni i wykonujemy lot prostopadły do pasa „base leg”. To w polskiej terminologi „lot do 4-ego zakrętu”. Ostatni zakręt to 90 stopni na kierunek „approach”. Angielscy instruktorzy szczególną wagę przywiązują do prostej diagonal leg. Lot po skosie daje znakomitą widoczność na miejsce przyziemienia. Pilot szybowca cały czas ma je w zasięgu wzroku. Dzisiaj już po kilkunastu lotach w Hinton, oraz lotach na innych lotniskach twierdzę, że jest to zdecydowanie lepszy i bezpieczniejszy, o wiele bardziej „naturalny” sposób wykonywania podejścia do lądowania, niż polska runda 4-ro zakrętowa.

 

Posted in Felietony.