35. Nitra 2016.

Czas jest wredny i leci szybko. Jeszcze nie zapomniałem zeszłorocznego latania, a już następna edycja VGC w Nitrze. Można by pokusić się o stwierdzenie, że będzie powtórka z historii, jednak ‚nic dwa razy się nie zdarza’. Lotnisko, piekące słońce, ludzie, atmosfera i piwo takie samo jak w zeszłym roku, ale jak to mówią Ślązaki ‚nie tyrpie’. Polatać i owszem dało się, wokół komina. Silna termika, która pozwoliłaby poczuć się swobodnie w powietrzu też była, tylko nie pod tą chmurką, gdzie poleciałem. Kilka razy przymierzałem się do odlotu na inne lotnisko. Jest ich na Słowacji całkiem sporo. Chociażby Prewidza znana szybownikom z całego świata jest ledwie 60 km od Nitry. W połowie tej drogi .. … Wystarczyło tylko przeskoczyć porośnięte lasami pasmo 400-500 metrowch gór i cel osiągnięty. Zwykle duże obszary leśne dają taką swobodę oferując choćby 2 meterki. Ale gdzie one są. Obserwowałem z bezpiecznej wysokości jak Osą, czechosłowackim odpowiednikiem polskiego Jantara leciał jeden z kolegów nad czubkami drzew oddalając się od lotniska. Wylądował po chwili na ściernisku dosłownie tonąc w błocie. Rozzłoszczeni koledzy nie chcieli nawet pojechać pomóc mu w demontażu. Więc zrezygnować z tego celu było mi łatwiej, niż potem martwić się gdzieś w polu, czy na innym lotnisku jak wrócić.

Tylko dwóch kolegów polatało trochę więcej. Czeski mistrz Milan Svoboda na Foebusie, bo to mistrz, oraz Ulf Kern na Laku, któremu raz nawet 17 metrów rozpiętości nie pomogło i wrócił na przyczepie. Pozostało więc cieszyć tym co jest nieodłączne w lataniu. Wyciąganiem szybowców z hangaru, lot do komina, bujanie się po okolicy, a potem hangarowanie. Do zabytkowej książki mojej Foki został dopisany pierwszy Słowak 1471425387408 Emil Lajda. Był tak zestresowany, że na przedniej płozie przejechał całe lotnisko. Aż dziw, że wystartował. Eurofox musiał się nieźle spocić przelatując 1,5 metra nad szosą. Muszę popracować nad moim szkoleniem ‚pierwiastków’ (wzięte z położnictwa), bo mogą narobić mi kiedyś kłopotów jak Jiriemu w Plasach.

Zlot to nie tylko latanie. Dużo jest czasu na tz życie towarzyskie. Był czas pogadać o starych czasach, no akurat nie mi,
bo moje 21 lat w szybownictwie to malutko w tak zacnym gronie, więc bardziej słuchałem. Josef Mezera z Czech to dobry gawędziarz z dużą wiedzą i jej nie żałuje. Zaś z 20160819_194230 Milanem Svobodą jest odwrotnie. Trzeba ciągnąć go za język by czegoś się dowiedzieć. Zaskoczyłem go kopiami oryginalnych biuletynów z Mistrzostw w South Cerney, które uzyskałem od Karela Korpara w Ptuju. Całe przeczytał i zrobił kopie. Laslo … z Węgier ze swoim kolegą mają co opowiadać, jednak na migi, bo z węgierskiego i niemieckiego tylko w takiej wersji coś łapię. Więc wesoła rozmowa. Była też muzyka. Inna niż dotychczas. Swoje uzdolnienia zaprezentował główny organizator 20160819_193344 Igor Ott. Dmuchał w kilkumetrową drewnianą rurę i fajnie mu to wychodziło. Ja nie dałem rady uzyskać jakiegoś sensownego dźwięku, choćby ‚buuuu’. Na z kończenie zlotu przygrywał nam do piwa na ludowym flecie na słowacką nutę. Jest to spora różnica w porównaniu do polskiej. Nasza jest bardziej dynamiczna. Chyba się pogniewał. Igor jeśli kiedyś to przeczytasz, przepraszam. Piwo i ja też nie jesteśmy zgranym zespołem. W starciu z nim zawsze przegrywam.

To koniec pieniędzy i koniec sezonu. Wracam do domu, a potem do pracy.

Posted in Felietony.