9. Finał

Wszystko co dobre szybko się kończy. Zlot w Camphill 2015 też przechodzi do historii. Większość spakowana, ja też, więc czas na pożegnalny wieczór. Tego dnia sala briefing’owa nabrała charakteru jakby weselnego. Długi stół białe nakrycia i cały pozostały serwis restauracyjny. Oczywiście krótkie powitanie przybyłych i zaserwowano wystawny obiad. Zupka, mięsa, dodatki warzywne; było w czym wybierać, a dla spragnionych wina i piwa ‚skolko godno’.JS2_8841 Przyjazny gwar, miłe rozmowy, a wszystko to przerywana co jakiś czas mniej lub bardziej oficjalnymi wystąpieniami przybyłych. Tego dnia głównym wodzirejem był Mike, oraz klubowy kucharz, który dwoił się i troił, aby na stole nic nie zabrakło. No i kucharz zaszalał.JS2_8867 W pewnym momencie wniesiono na sale 2-u metrową bezę galancie przystrojoną owocami i galaretką. Przyjrzałem się jej dokładnie, była zrobiona z jednego kawałka. Najpierw owacje, a potem ceregiele z porcjowaniem i konsumpcja. Nie należę do wielkich fanów angielskiego jadła, jednak owa beza na długo pozostanie mi w pamięci. Jako jedynak z zagranicy też poczułem się, że na tym spotkaniu koniecznie trzeba się zaprezentować. Z Polski zabrałem ze sobą na wszelki wypadek 2 x 0,75 l Krupniku, który poprzez Mike’a był moim podziękowaniem dla wszystkich za miłe, przyjazne przyjęcie, bezinteresowną pomoc w lotach i normalne ludzkie traktowanie. JS2_8860 Ale jak to w życiu bywa wódeczka spowodowała małe zamieszanie. Anglicy, chłopy jak dęby gustują bardziej w winie i piwie, więc pojawił się jak dla mnie zabawny problem. Nigdzie nie było kieliszków. Po dłuższych poszukiwaniach kilka się znalazło, jednak większość chętnych poczęstunku skorzystała ze szklaneczek do drinków. No tak, jest nauczka, zabierając wódkę do Anglii nie zapomnij zabrać kieliszków, a chętnych do wypicia znajdziesz, bo nigdzie nie wylewają za kołnierz.

Jak to bywa na zlotach VGC oprócz wyników sportowych, czyli przeleciane kilometry lub wylatane godziny, najważniejszy jest konkurs na ‚Miss Zlotu’. Ja go zawsze nazywam ‚Miss Mokrego Podkoszulka’, a w rzeczywistości całe startujące gremium, oraz nielatający pasjonaci wybierają najładniejszy ich zdaniem szybowiec. Kryteria nie są oczywiście ważne, bo każdy ma swoje ‚widzimisię’, ważna jest zabawa. Każdy otrzymuje kartkę i oddaje głos wpisując, numer z ogona, lub nazwę, czy rejestrację. Ja zagłosowałem na szybowiec Bob’a o nazwie Albatros. Choć jego kolorystyka nie była wystrzałowa, to jednak była wykonana z wielką dbałością. I tu muszę wspomnieć o moim ‚Faul pas’. Zaszkodził mi mój słaby angielski, lub chwila nieuwagi. Wyniki z wyboru miss zostały ogłoszone na następny dzień rano na briefingu, a ja uznałem, że skoro tego dnia już nie będę latał nie wziąłem w nim udziału. Bardzo głupio i niezręcznie się poczułem, gdy Mike przyniósł mi do samochodu nagrodę, dyplom i pokazał statuetkę, gdzie zostanie wydrukowana nazwa szybowca i moje nazwisko za zajęcie pierwszego miejsca. Tak, chociaż wygrałem, czuję się źle i jeszcze raz walę się w pierś i wszystkich tam obecnych, którzy czekali na mnie przepraszam.  Moja wina.

M. Lewandowski

Posted in Felietony.