6. Lotniskowy bar.

Lotniskowy bar; miejsce gdzie po lotach spotykają się piloci, tu w Camphill to bardziej lotniskowy pub. Bardzo angielski, z niskim sufitem, kilkoma oddzielnymi niewielkimi pomieszczeniami, w ciemnych brązowych kolorach i obowiązkowo z gwarem rozmów i brzękiem pokali. Spotkanie rozpoczęło się grillem w ogródku piwnym. Oczywiście po lotnym dniu pełni wrażeń i resztek adrenaliny zawsze mamy coś do powiedzenia. JS2_8543 Ten gość, pierwszy z lewej na zdjęciu, pracujący przy obsłudze  naziemnej jetów wywołał wszystkich do tablicy i wzniósł toast za Królową. Co prawda Jej Mość była nieobecna, ale toast był, wszyscy go wznieśli, tradycja jeśli taka jest została zachowana, więc celebrowanie spotkania można było rozpocząć. Najpierw podano coś dla ciała, czyli mięsa i sałatki, a potem coś dla ducha, czyli piwo, piwo i jeszcze jedno piwo. Późno skończone loty przyspieszyły letni zmierzch i trzeba było przenieść się do środka. Krążąc z kuflem po pubie co rusz zadawano mi pytania na temat latania w Polsce, a najwięcej na temat Foki. Zdecydowałem się przynieść i laptop i puścić film z South Cerney nakręcony przez TVP. Miłe zaskoczenie, bo wraz z emisją przybywała ilość oglądających, a gdy na ekranie pojawiła się eskadra Hanterów wykonująca pokaz rozległy się brawa i poczułem poklepywanie mnie po plecach. Na zdjęciu obok

JS2_8549 mnie Bob właściciel kilku zabytkowych szybowców ze swoją panią, która nie odstępowała na krok swego bohatera przestworzy. On to wreszcie przy tym stoliku ustalił jak będą mnie nazywać. Zostałem Miroslaw z wydłużonym akcentem na ‚i’. Moje słowiańskie imię sprawiło im wiele trudności. Nikt nie umiał wymówić Mirek.

Na każdym lotnisku i w Camphill też, można znaleźć dużo ciekawych informacji, zdjęć i gadżetów powywieszanych na ścianach i poustawianych w kątach. Dwa zdjęcia wzbudziły moją największą ciekawość. JS2_8729 Na pierwszym nazwy krajów, autografy szybowników i zdjęcie z lotu ptaka. Po dokładnym przyjrzeniu się i analizie mojej wiedzy o szybownictwie dotarło do mnie, że lotnisko w Camphill w 1954 roku było rzeczywiście areną Szybowcowych Mistrzostw Świata. Jednak bez udziału Polski. Cóż, szkoda, ale można znaleźć tu akcenty Polskie. Dwa Puchacze, prywatny junior i to zdjęcie.  Wisi sobie na ścianie, Anglicy z niego dumni, a ja nie pamiętam, czy miałem taką serię znaczków w sowim klaserze. Jeśli chodzi o polskie akcenty to jest ich więcej. Przyglądając się szybowcom dostrzegłem w każdym starym szybowcu polskie przyrządy nawigacyjne. PZL JS2_8547w tamtych latach było potentatem, zwłaszcza w produkcji wariometrów.

Posted in Felietony.