2. Zimno i mokro.

Do wieczora daleko więc mam czas wybrać miejsce dla przyczepy i samochodu, w którym na dmuchanym materacu będę musiał spędzić kilka nocy. Powoli poznaję ludzi i lotnisko. Wreszcie zostaję zaproszony na herbatę do klubowej stołówki. Mapa lotniska i kartka papieru trafiają na stół, i zaczyna się nieformalne szkolenie. Zadaję dużo pytań, dużo pytań też otrzymuję. Odpowiedzi konkretne z jednej i drugiej strony.  Airfield Camphill w Anglii jest uznawane za bardzo trudne. To niecka o kształcie śladu butaqqww 027 na szczycie góry o wysokości ledwie 1350 Ft. Przy silnych wiatrach znad Atlantyku fala jest tu możliwa o każdej porze roku. Starty tylko za czterolinową  wyciągarką na kierunki północ, południe i zachód.qqww 042 Nie ma samolotu. Loty na żaglu i termice.  Więcej na http://www.dlgc.org.uk

Wieczór coraz bliżej. Obiadokolacja, a potem pierwsza wizyta w klubowym barze. Szybownicy to sami pasjonaci. Lubią stare szybowce i dobre piwo. Pierwsza noc. Jest mi okropnie zimno, chociaż jestem ubrany w dwie kurtki i opatulony śpiworem. Budzę się co kilkanaście minut. Wreszcie zmęczony i szczękający zębami decyduję się na radykalny ruch. Rozgrzewam patelnię na butli gazowej i od środka nagrzewam nią śpiwór. Potem jeżdżę nią po nogach. Patelnia lekko stygnie, więc wsuwam ją pod kurtki na brzuch, by na zakończenie na niej usiąść. I tak co półtorej godziny przez trzy noce, aż wreszcie się ociepliło, gdy nadszedł wyż z Azorów. Miała to być podróż po życiową przygodę lotniczą, a przerodziła się w szkołę przetrwania. Udało się. Nawet nie kichnąłem.

M.L.

Posted in Felietony.