1. Droga do Camphill.

Już spakowany, już w blokach startowych, ale w Zielonej Górze Pola czeka na swojego dziadka, bo właśnie obchodzi szóste urodziny. Więc nadrabiam drogi by jej nie zawieść. No i zapomniałem, i zawiodłem. Różowy słoń z uniesioną trąbą został w domu. Dziadek przybył bez prezentu i musiał się tłumaczyć. Mam nadzieję, że żal osłodziły prezenty od innych gości, których było sporo.

Czwartek 18-tego czerwca rano to prawdziwy start. Natychmiast uruchamiam zawodowe instynkty i gdzie tylko można prędkość oscyluje pomiędzy 120, a 130 km na godzinę. Fordzik Connect wytwarza długi tunel aerodynamiczny, więc przyczepa pięknie trzyma się toru jazdy. No dobra, zaczynam przynudzać. Dodam tylko, że droga raz mokra, raz sucha, a nawet słona z Dunkierki do Dover na pokładzie promu. Nie dość, że woda pod promem słona to jeszcze trzeba słono za niego zapłacić. Okrągły tysiączek w jedną stronę! Po drugiej stronie kanału to już całkiem po angielsku, czyli lewa strona i trzy pory roku. Znam te klimaty, znam drogę, więc pędzę dalej. Dopiero w Derby na dobre zdjąłem nogę z gazu i ostatnie 40 mil pokonałem rozkoszując się serpentynami w liściastych borach. qqww 009 I wreszcie jest ostatni zakręt. Słyszę jak tył przyczepy szoruje po asfalcie.qqww 010 Krótki podjazd i po 1.800 kilometrach w piątek o 13.30 UK time widzę powitalny bilbord. qqww 012  Nie informowałem organizatorów o chęci udziału w mitingu, więc pełne zaskoczenie. Ja, że jestem jedynym uczestnikiem spoza wyspy, a oni, że spotkanie nabrało charakteru międzynarodowego. W późniejszych rozmowach przyznali, że wszystkich odstrasza cena promu. Ja natomiast mogę tylko mówić o wielu rekompensatach. Ale to w następnych felietonach.

Mirosław Lewandowski

Posted in Felietony.